Nails, czyli chiński biznes.

W jednym z postów na Just Like NY pisałam o wszechobecnych „Nails”, czyli o miejscach, w których zrobicie manicure i pedicure. Pamiętam, że podczas mojej pierwszej wizyty w NY ich ilość mnie zdumiała. Okazuje się, że popyt na nie jest tu wciąż ogromny. Może i nowojorki chodzą w dresowych bluzach, ale paznokcie zarówno u rąk jak i nóg muszą mieć „zrobione”. I to  tyczy się wszystkich kobiet, bez względu na zasób portfela i dzielnicę zamieszkania.

Ten biznes zdecydowanie zdominowany jest przez Chińczyków. Ponieważ niestety prawie nigdy nie udaje mi się zrozumieć, co Chińczycy do mnie mówią, obawiałam się (i słusznie) mojej pierwszej wizyty kilka lat temu. Weszłam do salonu zupełnie bez pojęcia, jak cały proces się odbywa. Zanim zdążyłam wypowiedzieć słowo, usłyszałam pytania skierowane w moją stronę (nie zrozumiałam żadnego), a następnie powiedziałam, że chciałabym pedicure; domyśliłam się, że odpowiedziano mi, że można teraz i…stałam dalej.

Okazało się, że już przy fotelu czekała na mnie Chinka, która gdy tylko podeszłam zaczęła mnie o coś pytać, jedyne co słyszałam to dźwięk: „ka”. Zdeterminowana, powtarzała pytanie, a ja nadal nie wiedziałam o co chodzi. W końcu zwróciłam uwagę wszystkich pań w salonie. Po 3 minutach, przy pomocy innych ludzi, zorientowałam się, że chodziło o „color”, czyli o wybór lakieru. Nie wiedziałam gdzie położyć rzeczy (okazało się, że miałam rzucić obok siebie), nie zrozumiałam, gdy pytała, czy chcę okrągłe czy kwadratowe paznokcie (w pewnym momencie po prostu kiwnęłam głową – dostałam kwadratowe), na końcu nie wiedziałam też, gdzie je suszyć i jak długo powinno to trwać.

Efekt? Tuż po wyjściu zniszczyłam dwa paznokcie. Byłam już w różnych miejscach i zwykle coś mnie zaskakuje (czasami jest to nagłe rozpoczęcie masażu mojego karku przez panią, a czasami brak miejsc). W tym tygodniu wybrałam się do salonu w dzielnicy obok, w poniedziałek o 17, na ulicy, na której znajdują się aż trzy „Nails”. (Ledwo udało mi znaleźć wolny fotel!) Podczas tej wizyty pani, która mnie obsługiwała, co chwilę zaskakiwała mnie pytaniem o dodatkową usługę („Specjalny scrub do stóp?”, „ Specjalny żel do zmiękczania pięt?”), a ostatecznie zaskoczyła mnie inna jeszcze pracownica, która zapytała mnie, czy chcę kupić piracką płytę DVD.

Co ciekawe, robienie paznokci to tu czynność, którą porównałabym do jedzenia – odbywa się niemalże publicznie i nikogo nie dziwi. Zarówno panie, jak i panowie siedzą rozwaleni na fotelach tuż przy szybach i nikt nie przejmuje się, czy „ludzie patrzą”. Nikt nie traktuje tego jak intymnej usługi. 

Ceny zwykle oscylują w rejonach 8 – 30 dolarów (plus napiwek), a salony prezentują się różnie. Na Manhattanie jest oczywiście większy luksus (choć nie wszędzie), a w pozostałych dzielnicach jest… cóż, bardziej swojsko. Bez względu na salon, powodów do reklamacji nie miałam. 

Share: