Krok 67 – Jak twój własny dziennik może Cię zażenować?

Kiedy ostatnio powiedzieliście pod nosem: “Ale to jest żenujące”, mając na myśli… samych siebie? Mnie właśnie się to przytrafiło. Usiadłam, aby napisać o czymś zupełnie innym i dostrzegłam swój stary dziennik, o którym kompletnie zapomniałam. Zaczęłam przeglądać to, co napisałam dwa lata temu i… byłam zażenowana. I nie chodziło o to, że pisałam wtedy o mężczyznach — jak to zwykle bywa w takim przypadku. Zapiski były o mnie i o moich celach. Cele były świetne, więc to nie w nich był problem. Problem polega a tym, że…. właśnie wyznaczyłam sobie podobne cele na nadchodzący rok. Innymi słowy: czy cokolwiek się zmieniło w międzyczasie? Czytałam te same słowa, które wypowiadam teraz: o tym, co powinno być zrobione. I wniosek jest taki, że niewiele tak naprawdę zrobione zostało. Było to, przyznam od razu, dość szokujące — i zarazem okazało się dla mnie potężnym otrzeźwieniem. Trochę mi to przypomniało czasy, kiedy chodziłam do spowiedzi (nie pytajcie mnie, dlaczego to robiłam — w Polsce prawie wszyscy chodzili) i w kółko powtarzałam te same grzechy. Czasami zmyślałam jakiś grzech, by tylko nie ośmieszyć siebie faktem, że nic się nie zmieniło od ostatniego miesiąca. 

Oczywiście dało mi to do myślenia na temat mojego procesu egzekwowania planów i wiem, że coś musi się w tej materii zmienić. Bo to, co było do tej pory, ewidentnie nie zadziałało. I jak to mówią — jeśli chcesz nowego rezultatu, musisz podjąć nową akcję. I to będzie to, czym będę się zajmowała przez następne dni, tygodnie i miesiące (tego możecie być pewni). I nie chcę tylko o tym myśleć czy o tym pisać: coś musi zostać ZROBIONE. Bo słowa bez podjęcia działania znaczą dokładnie tyle, co nic. Chcę podjąć działanie, bo naprawdę nie chce się znaleźć w dokładnie tej samej pozycji za rok. 

Nie byłam systematyczna w pisaniu dziennika, ale właśnie dostałam prawie elektryczny cios potwierdzający, że to naprawdę ma sens i jest konieczne. Powrót do tych zapisków pozwolił mi odkryć rzeczy, które mi się nie spodobały — ale także odkryłam dzięki nim, jak bardzo się zmieniłam. I tylko dlatego nie zamierzam siebie teraz samobiczować. Miesiąc, w którym ponownie zaczęłam prowadzić dziennik dwa lata temu, to był ten sam miesiąc w którym zaczęłam wierzyć, że “jestem wystarczająca”. I wtedy także zaczęłam robić ćwiczenie Lisy Nichols, o którym pisałam na JLNY — polegające na tym, by spojrzeć w lustro i powiedzieć sobie: “Kocham Cię”. Właśnie przeczytałam w moim dzienniku, że to było cholernie trudne dla mnie i nie byłam w stanie powiedzieć tego bez płaczu. Napisałam wówczas, że mam nadzieję, że przyjdzie taki dzień, że wypowiem te słowa z uśmiechem. Dwa lata później mowię je z szerokim uśmiechem na twarzy. I wypowiadam je każdego dnia. I jestem z siebie dumna. Ale nie było to łatwe. Ale uczę się, że nic co jest dobre dla Ciebie, łatwe nie jest. 


Już Was zachęcałam na JLNY do prowadzenia własnego dziennika. Wszyscy ludzie, którzy odnieśli sukces, robią to każdego dnia. Ta introspekcja jest szalenie ważna dla twojego zdrowia psychicznego. Zapisywanie swoich myśli i strachów pomoże Ci je trochę oswoić. Jest też niesamowicie pomocna, aby uporządkować swój umysł i go uspokoić. Wszyscy polecają zeszyt, ale szczerze mówiąc osobiście zauważyłam, że jestem bardziej systematyczna, gdy prowadzę dziennik na komputerze. A piszę go w ten sposób, odkąd skończyłam 18 lat (wtedy właśnie dostałam pierwszy komputer i właściwie tylko do tego celu go używałam). Ilekroć zmieniam go na zeszyt to trudno mi wytrwać. Spróbuj. I po raz kolejny — nie masz nic do stracenia. To naprawdę wciągające i może przynieść Ci kupę radości (i niespodzianek, jak mnie dzisiaj). 

Share: